środa, 19 czerwca 2013

Dawne- niedawne odkrycie

 Drodzy czytelnicy!
Bardzo przepraszam jeśli ktoś czyta moje wpisy regularnie, że trochę czasu nic nowego nie zamieściłam. Regularne pisanie sprawia mi trochę trudności a brak komentarzy powoduje, że jest to troszkę trudniejsze.
            Chciałabym się w tym poście podzielić jednym z moich odkryć, które dokonałam już dość dawno, ale łatwo o nim zapomnieć więc jest w jakimś sensie także nowym odkryciem, bo doświadczyłam tego także wczoraj.  Odkryłam bowiem albo też przekonałam się, że jest różnica między przeżywaniem czegoś z Panem Bogiem a przeżywaniem tego samego bez Pana Boga a także, że inaczej jest gdy oddaje się Mu to, co trudne, bolesne niż gdy się to wspomina jako coś, co nam się nie podoba i powinno nie mieć miejsca. Dobrze jest Najlepszemu Ojcu ofiarować dzień i żyć w poczuciu wdzięczności za to, co się dzieje i za tych ludzi, których spotykamy każdego dnia.
             Taka postawa wdzięczności i zaufania Panu Bogu jest trudna, bo często wolimy żyć po swojemu i mamy własną koncepcję tego, co może nas spotkać a co nie. Poza tym jest we mnie  i także pewnie w wielu z Was tendencja do zapominania o tym. Łapię się sama często na tym, że co prawda ofiarowuje Panu Bogu całe życie i wszystko, co się na nie składa, ale potem przez cały niemal dzień o Nim nie myślę i już z pewnością gdy spotyka nas coś nieprzyjemnego raczej będę roztrząsać swoją złość czy niezadowolenie lub zastanawiać się, dlaczego powiedziałam coś, co zaczęło niemiłą dyskusję czy doprowadziło do trudnej sytuacji. Na szczęście bywało do tej pory tak, że zdarzało mi się pod wpływem jakieś dobrej myśli, do której doszłam, czyjegoś dobrego słowa czy przeczytanego artykułu lub książki oddać Mu wszystko, co mnie spotkało łącznie z tym, co trudne i niechciane.Czegoś takiego właśnie doświadczyłam wczoraj.
         Dzień wcześniej przeczytałam Słowo na dzień wczorajszy i pod Jego wpływem przed rozpoczęciem porannej mszy powiedziałam Bogu, że ofiaruje Mu ten dzień i chce by błogosławił szczególnie ludzi, którzy są dla mnie trudni. Następnie już po mszy poszłam na swój wydział by zapoznać się jeszcze z częścią materiału na egzamin i napisałam ten egzamin. Następnie  poświęciłam czas na załatwienie spraw na mieście a  w międzyczasie także porozmawiałam z Bogiem i powrót do domu.Potem już przez resztę dnia głównie przeglądała rózne miejsca w sieci, ogarnęłam troszkę bardziej swój pokój i zrobiłam porządki w kuchni.To byl niby taki zwyczajny dzień niczym nie różniący się od wielu innych a jednak był w jakiś sposób wyjątkowy, ponieważ wczesnym wieczorem jak jeszcze raz bylam na mieście zdałam sobie sprawę, że jest we mnie jakaś taka nie do końca wiadomo skąd radość z tego dnia, którą nie mógl do końca tłumaczyć fakt, że dobrze poszedł mi egzamin i spotkałam dobrą znajomą, z którą miło mi się rozmawiało i pojawiło się pragnienie by podziękować Bogu za ten dzień i trudne wydarzenia, które mi pomogły wzrosnąć duchowo.Warto oddawać Bogu siebie i swoje życie oraz spotykamnych ludzi, ponieważ jeśli się to zrobi z serca to Bóg sprawi, że życie będzie piękniejsze i lepsze, co nie oznacza, że nie będzie pozbawione cierpienia i nie trzeba będzie trzeba zmieniać swojego sposobu patrzenia na Boga, innych ludzi, siebie, swoje zycie i to, co nas otacza  ani, że nie trzeba będzie rezygnować z niektórych swoich przyzwyczajeń i poglądów. Na pewno jednak takie życie przeżywane z Nim będzie miało więcej sensu i zaczniemy stopniowo inaczej patrzeć na to, co przyniesie nam życie.


niedziela, 2 czerwca 2013

Lekcja szacunku i miłości

Wczoraj był dla mnie długi a jednocześnie krótki dzień. Dzień pełen emocji tak tych, które lubię jak i tych, których nie lubię i najchętniej pozbyłabym się ich z mojego życia.Dzień, w którym mogłam doświadczyć tego, co we mnie dobre, mocne i pożyteczne i tego, co słabe, złe i w najlepszym wypadku mało pożyteczne.Był to zatem czas, gdy Życie dawało mi lekcję szacunku do siebie i miłości do siebie i innych.
Początek tego dnia był taki, że wstałam z trudem i dość późno w czym objawiła się skłonność do kładzenia się późno i wstawania późno- więc też moje lenistwo, brak zorganizowania tak do końca i problem z troską o siebie.
    Potem był dość ciekawy czas, ponieważ byłam na warsztatach z robienia latawców. Tu miało okazję ujawnić się całkiem sporo moich cech- tych lepszych i gorszych- moja ciekawość,wytrwałość, odwaga w podejmowaniu nowych wyznań, życzliwość dla innych i potrzeba odwdzięczenia się za pomoc. Z drugie strony objawiła się moja bezradność w radzeniu sobie z narzędziami i robotach manualnych, niechęć do tego by ktoś zobaczył, że z czymś sobie nie radzę, niepokój o to jak będą widzieć efekty mojej pracy innych czy niecierpliwość i skłonność do poddawania się gdy przychodzą trudności w czymś, co uważam i tak za coś,w  czym nie idzie i tak mi najlepiej. Była też w tym wszystkim radość ze spróbowania czegoś nowego i spędzenia czasu z fajnymi ludźmi.
     W  środku tego dnia był też czas na odpoczynek przy dobrej muzyce, czas pracy, obiad. Pod wieczór był też czas spotkania z Bogiem i okazja do posłuchania rzeczy ważnych, wartościowych, o których rzadko pamiętamy a szkoda lub w to nie wierzymy. To był czas uczenia się pokory, ale też miłości tak do Boga jak do siebie i innych, bo myślę, że tak mŻzna nazwać pewną trudność by usłyszeć to, o czym była mowa a nie to, co się chciało czy ,co się narzucało z uwagi na własne doświadczenia, przyjąć prawdę tam zawartą i czuć się zaproszonym by zrobić  krok do przodu. Ważne było też by cały czas pamiętać, że w tym wszystkim kryje się troska i życzliwość i miłość Boga i tego ojca jezuity a nie wytykanie błędów czy problemów lub słabości.
Jednak jak się okazało największą lekcją szacunku i miłości do siebie i do innych była późniejsza sytuacja, która na pozór była błaha, ale niosło spory ładunek emocji i dotknęło ważnych dla mnie kwestii. Otóż trochę czasu spędziłam w gronie znajomych oglądając reportaże z odbywających się corocznie od kilkunastu lat Jezuickich Dni Młodzieży by przypomnieć sobie, o co tam chodzi, zachęcić innych i zobaczyć jak to było kiedyś. Był to bardzo miły czas, bo było sporo humorystycznych scen, a herbata i kanapka do tego była miłym dodatkiem. Mogłam nawet czuć się potrzebną i czerpać z tego satysfakcję, bo były małe problemy z włączeniem nagrań z JDM-ów i mogłam pomóc przy ich włączaniu. Później zaś pojawiły się pewne schody. Otóż chciałam się umówić na spotkanie, co spotkało się z niemiłą dla mnie reakcją czy złośliwością z powodu terminu i ewentualnych motywów przy wyborze tej daty. Nie było to niby nic wielkiego, bo to była drobna prośba, a wiele czynników mogło zadecydować o tym, że spotkała się z taką reakcją i była ona wyjątkiem od reguły a nie czymś, co się powtarza regularnie. Mogłam się przy tym uczyć właśnie szacunku i zrozumienia, że można mieć gorszy dzień czy źle zrozumieć czyjeś motywacje. Mogłam także uczyć się szacunku dla swoich uczuć i ich różnorodności. Była to też szansa na uczenie się dystansu do uczuć, samej siebie i sytuacji w życiu, bo nie było powodu by to roztrząsać i się nakręcać przez całą drogę do domu i już w domu.
          Była to wreszcie lekcja miłości, ponieważ to wszystko, czego mogłam się nauczyć z tej sytuacji to niektóre składniki miłości. Z pewnością miłość wymaga troski o drugą osobę i siebie, rozumienia a przynajmniej tego próba, dlaczego ktoś czuje pewne uczucia czy zachowuje się w pewien sposób i zgoda, że tak można się właśnie czuć i postępować. Miłością też jest według mnie nazwanie swoich uczuć, zgoda na ich obecność w mym życiu i zaakceptowanie siebie z nimi i inną osobę z nimi zamiast oskarżania się czy poczucia winy, że się pojawiły i patrzenia na kogoś  tylko przez pryzmat danej sytuacji i uczuć i rozpamiętywania tego tylko po to by się nakręcić i odpłacić nawet jeśli nie było to zrobione specjalnie.
    Była to dla mnie ważna lekcja więc koniec końców cieszę się mimo wszystko, że miała ona miejsce, bo pokazała mi pewną prawdę o mnie i kilku osobach, które znam i wiele mogę się jeszcze z niej nauczyć.