niedziela, 1 grudnia 2013

Adwentowe rozmyślania

Jest I niedziela adwentu. Sam początek tego pięknego okresu oczekiwania na przyjście Pana Jezusa na świat, bo trzeba to sobie wciąż przypominać i oczekiwania na Jego powtórne przyjście. To kolejna szansa na to by pozwolić Bogu by nas przemienił według Jego zamysłu a nie naszego. Trzeba się tylko zastanowić jak to zrobić, bo nie ważne jest, ile rekolekcji odprawimy, w ilu akcjach modlitewnych weźmiemy udział, ani ile postanowień zrobimy. Ważne jest by się z Nim spotkać, usłyszeć Jego Słowa i wcielić Je w życie. Warto jak najbardziej wziąć udział w rekolekcjach, wprowadzić więcej ciszy do swego życia czy przedłużyć codzienną modlitwę, ale w tym wszystkim musi być umiar i zgoda na to, że On może przyjść inaczej niż byśmy chcieli, nie tak jak się spodziewany, w sytuacjach, w których wydaje się, że jest nieobecny, bo On pragnie nas zaskoczyć i jest szczególnie obecny tam, gdzie nas nie ma lub, gdzie nie chcemy być, bo uważamy to za zbyt bolesne, przykre, wstydliwe, że nie powinno było się zdarzyć a Bóg chce nas jednać ze Sobą, z nami samymi, z naszym życiem  i innymi ludźmi. Wybierzmy więc może jedną  czy dwie rzeczy i bądźmy im wierni i otwierajmy się na Boga. Ja gdy weszłam dziś na fb i zobaczyłam swoją tablicę lekko się zaniepokoiłam, bo chociaż dobrze jest mieć wybór między różnymi propozycjami rekolekcji na adwent to kiepsko jest gdy, co chwila trafia się na inną propozycję wejścia w Słowo Boże. Myślę, że zatem chyba ograniczę wizyty tam, bo chce nie tyle wiele przeczytać, ale w mojej codzienności spotkać się z Bogiem by On przemienił moje życie na Życie przez duże "Ż".

środa, 19 czerwca 2013

Dawne- niedawne odkrycie

 Drodzy czytelnicy!
Bardzo przepraszam jeśli ktoś czyta moje wpisy regularnie, że trochę czasu nic nowego nie zamieściłam. Regularne pisanie sprawia mi trochę trudności a brak komentarzy powoduje, że jest to troszkę trudniejsze.
            Chciałabym się w tym poście podzielić jednym z moich odkryć, które dokonałam już dość dawno, ale łatwo o nim zapomnieć więc jest w jakimś sensie także nowym odkryciem, bo doświadczyłam tego także wczoraj.  Odkryłam bowiem albo też przekonałam się, że jest różnica między przeżywaniem czegoś z Panem Bogiem a przeżywaniem tego samego bez Pana Boga a także, że inaczej jest gdy oddaje się Mu to, co trudne, bolesne niż gdy się to wspomina jako coś, co nam się nie podoba i powinno nie mieć miejsca. Dobrze jest Najlepszemu Ojcu ofiarować dzień i żyć w poczuciu wdzięczności za to, co się dzieje i za tych ludzi, których spotykamy każdego dnia.
             Taka postawa wdzięczności i zaufania Panu Bogu jest trudna, bo często wolimy żyć po swojemu i mamy własną koncepcję tego, co może nas spotkać a co nie. Poza tym jest we mnie  i także pewnie w wielu z Was tendencja do zapominania o tym. Łapię się sama często na tym, że co prawda ofiarowuje Panu Bogu całe życie i wszystko, co się na nie składa, ale potem przez cały niemal dzień o Nim nie myślę i już z pewnością gdy spotyka nas coś nieprzyjemnego raczej będę roztrząsać swoją złość czy niezadowolenie lub zastanawiać się, dlaczego powiedziałam coś, co zaczęło niemiłą dyskusję czy doprowadziło do trudnej sytuacji. Na szczęście bywało do tej pory tak, że zdarzało mi się pod wpływem jakieś dobrej myśli, do której doszłam, czyjegoś dobrego słowa czy przeczytanego artykułu lub książki oddać Mu wszystko, co mnie spotkało łącznie z tym, co trudne i niechciane.Czegoś takiego właśnie doświadczyłam wczoraj.
         Dzień wcześniej przeczytałam Słowo na dzień wczorajszy i pod Jego wpływem przed rozpoczęciem porannej mszy powiedziałam Bogu, że ofiaruje Mu ten dzień i chce by błogosławił szczególnie ludzi, którzy są dla mnie trudni. Następnie już po mszy poszłam na swój wydział by zapoznać się jeszcze z częścią materiału na egzamin i napisałam ten egzamin. Następnie  poświęciłam czas na załatwienie spraw na mieście a  w międzyczasie także porozmawiałam z Bogiem i powrót do domu.Potem już przez resztę dnia głównie przeglądała rózne miejsca w sieci, ogarnęłam troszkę bardziej swój pokój i zrobiłam porządki w kuchni.To byl niby taki zwyczajny dzień niczym nie różniący się od wielu innych a jednak był w jakiś sposób wyjątkowy, ponieważ wczesnym wieczorem jak jeszcze raz bylam na mieście zdałam sobie sprawę, że jest we mnie jakaś taka nie do końca wiadomo skąd radość z tego dnia, którą nie mógl do końca tłumaczyć fakt, że dobrze poszedł mi egzamin i spotkałam dobrą znajomą, z którą miło mi się rozmawiało i pojawiło się pragnienie by podziękować Bogu za ten dzień i trudne wydarzenia, które mi pomogły wzrosnąć duchowo.Warto oddawać Bogu siebie i swoje życie oraz spotykamnych ludzi, ponieważ jeśli się to zrobi z serca to Bóg sprawi, że życie będzie piękniejsze i lepsze, co nie oznacza, że nie będzie pozbawione cierpienia i nie trzeba będzie trzeba zmieniać swojego sposobu patrzenia na Boga, innych ludzi, siebie, swoje zycie i to, co nas otacza  ani, że nie trzeba będzie rezygnować z niektórych swoich przyzwyczajeń i poglądów. Na pewno jednak takie życie przeżywane z Nim będzie miało więcej sensu i zaczniemy stopniowo inaczej patrzeć na to, co przyniesie nam życie.


niedziela, 2 czerwca 2013

Lekcja szacunku i miłości

Wczoraj był dla mnie długi a jednocześnie krótki dzień. Dzień pełen emocji tak tych, które lubię jak i tych, których nie lubię i najchętniej pozbyłabym się ich z mojego życia.Dzień, w którym mogłam doświadczyć tego, co we mnie dobre, mocne i pożyteczne i tego, co słabe, złe i w najlepszym wypadku mało pożyteczne.Był to zatem czas, gdy Życie dawało mi lekcję szacunku do siebie i miłości do siebie i innych.
Początek tego dnia był taki, że wstałam z trudem i dość późno w czym objawiła się skłonność do kładzenia się późno i wstawania późno- więc też moje lenistwo, brak zorganizowania tak do końca i problem z troską o siebie.
    Potem był dość ciekawy czas, ponieważ byłam na warsztatach z robienia latawców. Tu miało okazję ujawnić się całkiem sporo moich cech- tych lepszych i gorszych- moja ciekawość,wytrwałość, odwaga w podejmowaniu nowych wyznań, życzliwość dla innych i potrzeba odwdzięczenia się za pomoc. Z drugie strony objawiła się moja bezradność w radzeniu sobie z narzędziami i robotach manualnych, niechęć do tego by ktoś zobaczył, że z czymś sobie nie radzę, niepokój o to jak będą widzieć efekty mojej pracy innych czy niecierpliwość i skłonność do poddawania się gdy przychodzą trudności w czymś, co uważam i tak za coś,w  czym nie idzie i tak mi najlepiej. Była też w tym wszystkim radość ze spróbowania czegoś nowego i spędzenia czasu z fajnymi ludźmi.
     W  środku tego dnia był też czas na odpoczynek przy dobrej muzyce, czas pracy, obiad. Pod wieczór był też czas spotkania z Bogiem i okazja do posłuchania rzeczy ważnych, wartościowych, o których rzadko pamiętamy a szkoda lub w to nie wierzymy. To był czas uczenia się pokory, ale też miłości tak do Boga jak do siebie i innych, bo myślę, że tak mŻzna nazwać pewną trudność by usłyszeć to, o czym była mowa a nie to, co się chciało czy ,co się narzucało z uwagi na własne doświadczenia, przyjąć prawdę tam zawartą i czuć się zaproszonym by zrobić  krok do przodu. Ważne było też by cały czas pamiętać, że w tym wszystkim kryje się troska i życzliwość i miłość Boga i tego ojca jezuity a nie wytykanie błędów czy problemów lub słabości.
Jednak jak się okazało największą lekcją szacunku i miłości do siebie i do innych była późniejsza sytuacja, która na pozór była błaha, ale niosło spory ładunek emocji i dotknęło ważnych dla mnie kwestii. Otóż trochę czasu spędziłam w gronie znajomych oglądając reportaże z odbywających się corocznie od kilkunastu lat Jezuickich Dni Młodzieży by przypomnieć sobie, o co tam chodzi, zachęcić innych i zobaczyć jak to było kiedyś. Był to bardzo miły czas, bo było sporo humorystycznych scen, a herbata i kanapka do tego była miłym dodatkiem. Mogłam nawet czuć się potrzebną i czerpać z tego satysfakcję, bo były małe problemy z włączeniem nagrań z JDM-ów i mogłam pomóc przy ich włączaniu. Później zaś pojawiły się pewne schody. Otóż chciałam się umówić na spotkanie, co spotkało się z niemiłą dla mnie reakcją czy złośliwością z powodu terminu i ewentualnych motywów przy wyborze tej daty. Nie było to niby nic wielkiego, bo to była drobna prośba, a wiele czynników mogło zadecydować o tym, że spotkała się z taką reakcją i była ona wyjątkiem od reguły a nie czymś, co się powtarza regularnie. Mogłam się przy tym uczyć właśnie szacunku i zrozumienia, że można mieć gorszy dzień czy źle zrozumieć czyjeś motywacje. Mogłam także uczyć się szacunku dla swoich uczuć i ich różnorodności. Była to też szansa na uczenie się dystansu do uczuć, samej siebie i sytuacji w życiu, bo nie było powodu by to roztrząsać i się nakręcać przez całą drogę do domu i już w domu.
          Była to wreszcie lekcja miłości, ponieważ to wszystko, czego mogłam się nauczyć z tej sytuacji to niektóre składniki miłości. Z pewnością miłość wymaga troski o drugą osobę i siebie, rozumienia a przynajmniej tego próba, dlaczego ktoś czuje pewne uczucia czy zachowuje się w pewien sposób i zgoda, że tak można się właśnie czuć i postępować. Miłością też jest według mnie nazwanie swoich uczuć, zgoda na ich obecność w mym życiu i zaakceptowanie siebie z nimi i inną osobę z nimi zamiast oskarżania się czy poczucia winy, że się pojawiły i patrzenia na kogoś  tylko przez pryzmat danej sytuacji i uczuć i rozpamiętywania tego tylko po to by się nakręcić i odpłacić nawet jeśli nie było to zrobione specjalnie.
    Była to dla mnie ważna lekcja więc koniec końców cieszę się mimo wszystko, że miała ona miejsce, bo pokazała mi pewną prawdę o mnie i kilku osobach, które znam i wiele mogę się jeszcze z niej nauczyć.

niedziela, 26 maja 2013

Życie to czas...

Dziś podczas kazania padły dwa moim zdanie ważne zdania, które już kiedyś słyszałam, ale warto je sobie od czasu do czasu przypominać, ponieważ łatwo o tym zapomnieć. Ojciec jezuita, który głosił wtedy kazania powoływał się na jakiegoś człowieka, który stwierdził, że ludzie bardzo łatwo przyjmują za prawdę, że życie jest przemijaniem. Natomiast bardzo trudno jest ludziom przyjąć, że życie jest czasem nieustannego rozwoju. Każda sytuacja, wydarzenie, spotkanie czy rozmowa zarówno ta, która jest przyjemna, wypełniona radością czy też ta, która stanowi jakiś dramat, jest trudna czy bolesna. Każda z nich może służyć naszemu rozwojowi pod warunkiem, że się na nie zgodzimy oraz, że zawierzymy swoje życie Panu Bogu.
   Zaufanie Bogu jest trudne, ponieważ my często w miejsce Boga umieszczamy na pierwszym miejscu nas samych, nasze relacje z innymi ludźmi, innych ludzi czy też różne rzeczy. Stawiając na miejsce Boga kogoś lub coś, co Bogiem nie jest wcześniej lub później przychodzi rozczarowanie i pokładana w nich nadzieja okazuje się zawodna. Oddajmy więc to wszystko, co nas spotyka, czym żyjemy, co jest dla nas ważne: nasze plany, aspiracje,emocje, innych ludzi czy wydarzenia Bogu nie po to by je nam zabrał, bo chcemy się ich pozbyć za wszelką cenę, ale by to przemienił tak by nam posłużyły do wzrostu. Chciejmy ty mój drogi czytelniku a także ja i każdy inny niż Ty gość na tej stronie by Bóg stopniowo "burzył" nasze nadzieje, abyśmy dzięki uciskom uczyli się coraz bardziej pokładać nadzieję w Bogu, bo tylko nadzieja, która wypływa z faktu, że Trójca Święta w nas zamieszkała i nieustannie nas kocha nie może nas zawieść.

wtorek, 21 maja 2013

Mimo wszystko kochaj

Człowiek, który nie umie rozmawiać i przebywać dłużej wśród członków swojej rodziny może wyjechać i zamieszkać na drugim końcu świata. Pracę, w której nie dogaduje się ktoś w pracy można zmienić. Gdy będziesz potrzebował samotności przyjaciel cię zrozumie i zapewni ci przestrzeń.Jest jednak jedna osoba. która będzie z tobą przez cały czas i choćbyś bardzo chciał póki żyjesz nie opuści cię ani na chwilę choćbyś bardzo tego chciał. Oczywiście tą osobą jesteś ty sam. Warto się zatem o siebie zatroszczyć i pokochcać siebie, bo bardzo trudno jest żyć z kimś kogo się nie kocha zwłaszcza jeśli jest się tą osobą.
    Ja mam osobiście z tym dużą trudność. Nie lubię siebie i tak do końca nie wiem, dlaczego we mnie jest tyle niechęci do siebie i tak mało miłości, że potrafię powiedzieć, że nie kocham siebie. Nie mam albo jeszcze nie odkryłam własnego talentu, który pozwoliłby mi na wybicie się. Nie cieszę się w jakieś  grupie szczególnym autorytetem. Jednak nie jest też bardzo źle. Kończę studia. Znalazłam kilku przyjaciół- poznałam ich dopiero na studiach, ale za to mam poczucie, że mogę na nich naprawdę liczyć. Rozwijam się. Ku mojemu zaskoczeniu byłam w stanie przejechać 90 km na rowerze z rzeczami na 4 dni w ciągu jednego dnia i nie opaść po tym zupełnie z sił. Od dłuższego już czasu poszukuję w moim życiu swoich mocnych stron i talentów i próbuję zmieniać to, co nie budzi mojego zadowolenia we mnie. I wiem z własnego doświadczenia, że najszczęśliwsze są chwile, kiedy nie myślę o swoich ograniczeniach, ale cieszę się z obecności ważnych dla mnie osób i pozwalam sobie na odrobinę szaleństwa i kieruję się miłością wobec siebie. Warto siebie kochać mimo wszystkich swoich wad, porażek czy slabości, bo dajesz tylko to, co sam masz więc by kochać innych miłość do siebie jest potrzebna. kochaj także siebie, bo jesteś wyjątkowy i bywa, że to, co w sobie nie lubisz bardzo ceni sobie ktoś inny.
    Pamiętaj przy tym tego, czego ja się ostatnio uczę. Tą rzeczcą, o której mówię jest fakt, że miłość do siebie warto zacząć od akceptacji swojego charakteru i osobowości, ponieważ są one niepowtarzalne a poza tym o ile da się nauczyć nie doszukiwania się odrzucenia siebie w każdej uwadze kogoś innego albo zwracać większą uwagę na czyjeś uczucia to już nie da się zupełnie wyeliminować inpulsywności, wrażliwości na czyjąś krzywdę czy też postępowania według planu. I dobrze, bo gdyby się dało niektóre nasze cechy zupełnie wyeliminować to już nie bylibyśmy do sobą. Trzeba po prostu czasem sobie odpuścić, ponieważ często jesteśmy bardziej krytyczni wobec siebie niż trzeba.Prosty przykład. Jestem osobą impulsywną i dość porywczą i tego w sobie nie lubię. Nie wiem bowiem czy jakiś drobiazg nie sprawi, że podniosę głos albo zrobię coś głupiego. Wtedy też wbyt się nie zastanawiam. Bywam trudna i boję sie, że ktoś zerwie relację po jakimś wybuchu agresji. Jednak sytuacja wygląda tak, że moi najbliższi przyjaciele i osoby dla mnie ważne były nie raz już świadkami moich wybuchów złości czy smutku i chcą nadal spędzać ze mną czas i nie obrażali się, że tak reaguję. A skoro tak to także ja chcę przyjąć to, że nigdy nie będę oazą spokoju, ale będą reagowac dość impulsywnie. I to jest ok, bo ja taka jestem. Mogę uczyć się mówić o tym, co czuję zamiast działać pod wpływem emocji, ale nie zmienię się radykalnie i nie stanę się osobą, która kieruje się głównie rozumem.
    Na koniec chcę jeszcze napisać, że warto cieszyć się  drobiazgami i koncentrować się na tym, co dobre, bo zwykle takich momentów jest więcej niż nam się wydaje i nie warto jest się unieszczęśliwiać, ponieważ coś złego nas spotkało. Szkoda czasu i radości czy zadowolenia z dobrych i miłych chwil w ciągu dni tracić tylko, dlatego że jedna sytuacja była smutna, nie poszła po naszej myśli lub była dla nas trudna. Nie jest to łatwe zadanie i tego się uczę- ostatno miałam udaną niedzielę i się nią cieszyłam a potem byla jedna sytuacja, która dość znacznie odbiegała od moich oczekiwań i zepsuła mi dzień choć była tylko ulamkiem całego dnia.
Zadanie na najbliższe dni to uczyć się przyjmowania siebie ze wszystkimi cechami charakteru oraz koncentrowanie się na dobru i cieszenie się nim zamiast myśleniu o tym, co było trudne czy smutne.

środa, 15 maja 2013

Rzeczywistość zamiast iluzji.

Kilka dni temu dość banalna sytuacja pozwoliła mi zobaczyć, że często działam lub podejmuję decyzje kierując się nie tyle opierając się na tym, co rzeczywiście zaszło na iluzji. Dla mnie to odkrycie jest bardzo ważne, ponieważ dzięki temu mogę uczyć się działać mniej automatycznie na to, co mnie spotyka w życiu. Oczywiście nie ma niczego złego w tym, że działamy według pewnych schematów i wykonujemy wiele rzeczy automatycznie. Taki sposób działania ułatwia nam życie i pozwala właściwie funkcjonować, bo trudno sobie wyobrazić życie, w którym po obudzeniu się musielibyśmy zastanawiać się,  w jaki sposób wstać z łóżka, gdzie stoi puszka z herbatą czy też zastanawiać się, co czujemy do jakiejś osoby. Nie da się dobrze funkcjonować jeśli by się trzeba było nad każdą czynnością zastanawiać. Jednak nie można także przesadzić w drugą stronę. inaczej można utrudnić sobie bardzo mocno życie.
        W celu pokazania o, co mi chodzi użyje jako przykładu wydarzenia, o którym wspominałam. Sytuacja wyglądała tak, że wychodząc z kościoła ujrzałam idącą z naprzeciwka ważną dla mnie osobę, ale zamiast na nią zaczekać i przywitać się wyszłam na zewnątrz tego kościoła. Natomiast chwilę później stwierdziłam, że chce zobaczyć czy na tablicy ogłoszeń nie znajdę czegoś ciekawego więc wróciłam z powrotem do kościoła z myślą by tej osoby, o której pisałam nie spotkać, bo mogłaby według mnie uznać to za dziwne.Niestety czy na szczęście zdarzyło się, że spotkałam ją w przedsionku kościoła. Naturalne byłoby więc się z nią przywitać. ja zaś zamiast to zrobić wykonałam nietypowy i spontaniczny ruch rękami by wyrazić niezadowolenie, bo mój plan nie wyszedł. Mój gest nie umknął uwadze tej osobie, dlatego zapytała mnie, co to było po czym się ze mną przywitała. Fajnie by było jakby tak się to skończyło. Finał zaś był trochę inny. Skończyło się bowiem na tym, że uznałam jego powitanie za chłodne, chwilę się popłakałam nawet z tego między innymi powodu. Potem zaś zaczekałam na tą osobę by ją przeprosić za niewłaściwą reakcję by się przekonać, że ona nie czuje się w ogóle dotknięta ani nie uważa, że zrobiłam coś nie tak i że nic nie mogę jej zrobić.
        I tu dochodzimy do sedna. To nie była pierwsza tak sytuacja i za każdym razem a bywało, że robiłam gorsze rzeczy niż to ona nigdy nie czuła się dotknięta lub zraniona.Ja natomiast za każdym razem miałam poczucie winy i potrzebę by przeprosić za moje zachowanie. Oczywiście mogę uznać, że tak jest dobrze i działać tak samo przy najbliższej podobnej sytuacji. Tylko to nie ma większego sensu. Za każdym bowiem razem gdy działam podobnie jak wtedy doszukując się znaków odrzucenia mnie czy znaków potwierdzających, że nie jestem w porządku czuję się winna, jest mi źle, bo coś zrobiłam i niepokoję się o to, że będą problemy w relacji z inną osobą. Tracę w ten sposób czas oraz sprawiam, że moje życie jest mniej spokojne i radosne niż mogłoby by być i jeśli czymś niszczę relację to przepraszaniem za coś, czego faktycznie nie było i reagowaniem nieufnością czy złością lub zamykaniem się z powodu czegoś, co usłyszałam.Właśnie dlatego warto w takich sytuacjach się zastanowić i starać się słuchać to, co ktoś mówi słowami czy czynami starając się nie kierować swoimi wyobrażeniami. Warto żyć rzeczywistością a nie iluzją, ponieważ życie ma się tylko jedno i jest ono zbyt krótkie i ma zbyt dużo rzeczywistego smutku i cierpienia by odczuwać smutek czy cierpienie, bo wydaje nam się, że ktoś coś zrobił czy powiedział, co nie miało miejsca. Warto także żyć na ile da się tym, co jest a nie tym, co się wydaje, ponieważ tylko rzeczywistość może nas ubogacić i pomóc z większą radością i zrozumieniem przeżyć swe życie a karmienie się iluzją sprawia, że tracimy okazje do zrozumienia siebie, Boga i innych i zobaczenia, że życie nie ogranicza się tylko do tego, co najintensywniej do nas w danej chwili przemawia. Postanawiam więc działać bardziej świadomie by moje życie nabrało więcej kolorów i było radośniejsze oraz pełniejsze. Chce też bardziej cieszyć się relacjami, które mam więc wybieram rzeczywistość zamiast iluzji.

piątek, 10 maja 2013

Zaprzyjaźnij się z uczuciami

Wielu ludzi sądzi, że istnieją dobre uczucia jak radość, nadzieja, zachwyt i złe uczucia jak agresja, zazdrość, poczucie winy. Bywa też tak, że akceptowana jest złość czy smutek a rodość już nie. To zależy już od doświadczeń i wychowania. Tak naprawdę nie ma dobrych i złych uczuć, ponieważ wszystkie one stanowią przede wszystkim informację o tym, co się dzieje. Jedne z nich informują o tym, że coś lub ktoś dla nas ważny jest lub może być w niebezpieczeństwie. Nadzieja mówi, że nie wszystko jest stracone i z czasem będzie dobrze albo, że zmierzamy w dobrym kierunku. Inne jeszcze mówią, że coś straciliśmy. Nie ma zatem złych uczuć, bo każde z nich jest potrzebne. Złe lub dobre może być co najwyżej ich przeżywanie. Uczucia czy emocje jak już wcześniej napisałam są przede wszystkim ważnym źródłem informacji, dlatego nie można ich ignorować i mieć nadzieję, że sobie pójdą.
       W tym tygodniu otrzymałam bardzo ważną lekcję od Życia. Nie było to dla mnie nic zaskakującego, ale było bardzo ważne, bo łatwo o tym zapomnieć. Tą lekcją było przekonanie się, że kiedy pojawiają się silne uczucia szczególnie jeśli  są to uczucia, za którymi niezbyt przepadamy najlepsze, co możemy zrobić to zaprzyjaźnić się z nimi. Przez to zaprzyjaźnienie rozumiem nazwanie tego, co się czuje, zrozumienie lub choć próba zrozumienia, co je wywołało i wyrażenie ich pod warunkiem, że ma się jakąś kontrolę nad nim. Ja niestety zrobiłam inaczej i popełniłam w ten sposób błąd.
      W sytuacji, w której doszły do głosu silne uczucia złości, smutku , niepokoju i chyba poczucia winy zamiast spotkać się z tymi uczuciami i spróbować określić ich przyczynę zamknęłam się na możliwość ich wyrażenia, ponieważ ich nie lubię  i uważałam, że tylko to pogorszy sytuację. Efekt był taki, że przez ostatnie kilka dni spotkało mnie parę sytuacji, w których nie zostałam właściwie zrozumiana lub mi się tak wydawało i doznałam kilku przykrości świadomie i zupełnie nieświadomie uczynionych. Na pierwszy rzut oka nie wejście w dialog z uczuciami i te sytuacje nie mają nic wspólnego. Takie sytuacje zdarzają się od czasu do czasu bez względu na to jaką postawę przyjmujemy wobec uczuć. Jednak to jest tylko pierwsze wrażenie. Prawda bowiem jest taka, że za każdym razem po tym jak emocje ulegały osłabieniu miałam poczucie, że sposób w jaki je wyraziłam lub doświadczyłam był przesadzony w stosunku do znaczenia tej sytuacji. Stało się tak, dlatego że uczucia bedąc przekaźnikami ważnych informacji jeśli nie są dopuszczane do głosu " wybrzmiewają" w różnych sytuacjach do momentu gdy się  im przyjrzymy i ustalimy dlaczego się pojawiły i co możemy ewentualnie z nimi zrobić. Nie traktujmy więc żadnych uczuć jak wrogów, ktorych należy uciszyć lub zignorować to może sobie pójdą, ale uznajmy, że chcą służyć naszemu dobru i pozwólmy im się wypowiedzieć by nie urosły w siłę, która potrafi bardzo wiele relacji zniszczyć lub zranić. Chciejmy skorzystać z tego, co chcą  nam one dać.

sobota, 4 maja 2013

Zdecydować się mimo wątpliwości i przekroczyć siebie

Weekend majowy spędziłam  w Suchej na Pomorzu i w okolicy na terenie Borów Tucholskich. Wraz z kilkoma znajomymi poznawaliśmy tamtejsze rejony Polski jeżdżąc na rowerze. Dla mnie osobiście było to spore wyzwanie, ponieważ jeszcze nigdy nie byłam na tak długim rajdzie rowerowym a ludzie, z ktorymi byłam to już doświadczeni rowerzyści więc nie mogło być mowy o kilkunastokilometrowym trasach, ale kilkudziesięciokilometrowych. Nie zawsze było mi łatwo- były trudne momenty podczas jazdy po piaszczystych drogach czy choćby gdy trafiały się większe zniesienia, ale dałam radę. Szybko leciał czas i nadszedł ostatni dzień. Część osób zdecydowała się wrócić dziś a jak myślałam 2 a w końcu trzy oprócz mnie osoby postanowiły wrócić wczoraj na rowerach wraz ze wszystkimi bagażami z Suchej na Pomorzu do Torunia.Ja na początku nie chciałam wracać z nimi, ponieważ wiem, że 2 z nich to przyjaciółki a rzadko się widzą więc to dobry czas dla nich by podzielić się ze sobą różnymi wieściami. Poza tym bałam się jechać wraz ze wszystkimi bagażami na rowerze, bo nie mam super kondycji. Jednak gdy dzien wcześniej wieczorem doszło do ustalania planu dnia i kto kiedy i jak wraca jedna z nich uznała, że mogę z nimi wracać jeśli będzie mi tak wygodnie i że nie będę im przeszkadzać choć wiedziała, że mam slabszą niż one kondycję.Powiedzialy też, że jak będzie ciężko to odwiozą mnie na stację lub podpowiedzą jak się tam dostać.
             Postanowilam więc po krótkim namyślę, że spróbuję dojechać z nimi na rowerze i zobaczę po drodze jak mi się będzie jechać. I okazało się to świetnym pomysłem. Okazało się bowiem, że przekroczyłam siebie a przynajmniej te ograniczenia, które wydawało mi się, że mam. W końcu niepotrzebny okazał się pociąg a pogoda była cudowna i ta podróż dostarczyła mi mnóstwo radości.W prawdzie plecy mnie do tej pory trochę bolą, i dokuczają mi trochę nogi i tyłek od niewygodnego siodełka to wcale nie żałuję, że się zdecydowałam z nimi wracać. Po drodze nie było caly czas lekko i nie jedno wzniesienie było sporym wyzwaniem dla mnie zwłaszcza, że przerzutki nie działały do końca jak powinny, ale dotarcie do celu i niezapomniane widoki i wzajemne wsparcie sprawiły, że jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z mojej decyzji. Znowu okazało się, że stać mnie na więcej niż mógłby wskazywać brak wiekszego doświadczenia w jeździe na rowerze czy moje codzienne doświadczenie moich ograniczeń fizycznych. Nie mogę także wątpić po słowach jednej z współtowrzyszek tej wyprawy, że stać mnie kondycyjnie na dłuższą wyprawę rowerowa, w której jeździ się zazwyczaj z pełnymi sakwami. Warto czasem zaryzykować by przekonac się, że stać nas więcej niż myślimy, że jest w granicach naszych możliwości i że starczy nam sił nie tylko by osiągnąć jakiś cel, ale także by móc się zachwycać tym, co towarzyszy dążeniu do celu i nie upaść zupełnie z sił.choć myślimy, że to jest malo realne lub w ogóle niemożliwe do osiągnięcia.
       

niedziela, 28 kwietnia 2013

Trochę inny zwykły dzień

Wczoraj przydarzył mi się kolejny zwyczajny a jednak w jakiś sposób wyjątkowy dzień. To był kolejna już weekend, w którym zatroszczyłam się szczególnie o siebie. Nic nie zapowiadało, że ten dzień będzie wyjątkowy czyli trochę inny niż zwykle. To był dzien jakich wiele, ale okazał się w końcu dniem szczególnym. Trochę popracowałam nad sobie, starałam się sluchać uważnie siebie i innych. Potem była przerwa podczas, której pozwoliłam sobie na to by sprawić sobie drobną przyjemność i zjeść czekoladową muffinkę i cieszyć  się jej smakiem. Potem była jeszcze chwila pracy nad sobą i powrót do domu. Kolacja. Następnie pojechałam na mszę do kościoła a ponieważ miałam poczucie, że miniony czas dobrze wykorzystałam przyszłam na mszę z intencją, że to będzie moje dziękczynienie Bogu i wyglądało, że właściwie będzie podobnie jak w każdą niedziele, ale tak się nie stało. Nie przewidziałam tego, bo choć już wtedy miałam więcej radości niż zwykle nadal ten dzień przypominał inne dni. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Na początku mszy padło zdanie, że jeżeli dobrze wsłuchamy się w liturgię Słowo to pojawi się w nas złość czy to na Słowo czy na Boga, może rozczarowanie sobą, niezadowolenie z siebie , czy poczucie winy i to będzie znak, że dobrze się wsłuchaliśmy, otworzyliśmy się na Słowo. Wywołało to niepokój i włączyło " sygnał alarmowy", bo zapewne będzie to trudne Słowo i trudna do przyjęcia homilia a tego raczej nie lubię. Potem jeszcze kapłan dodał, żebyśmy nie przejmowali się emocjami tylko dobrze je przeżyli to znaczy byśmy to przeżyli z Bogiem. Powiedziałam więc dobrze, zrób Panie, co tylko chcesz a ja będę dziękować za to, co już się stało. I to była bardzo mądra decyzja.Wysłuchałam liturgii Słowa, homilię i nie stało się nic, co by zniszczyło tą moją radość, to, co było we mnie wcześniej. Nie było to tak proste, bo rzeczywiście przykazanie miłości jest trudnym zadaniem i przypomniały się sytuacje gdy zawiodłam, gdy mi zabrakło miłości, ale w tym wszystkim był pewien pokój. Nie było wtedy łez, nie pojawił się smutek, który by wywrócił wszystko do góry nogami i sprawił, że radość czy jakiś taki pokój i poczucie, że to był dobrze przeżyty dzień. Trochę się jeszcze działow międzyczasie do momentu gdy piszę te słowa. Jakaś rozmowa z siostrą, krótka z mamą, zmaganie z komputerem, kolacja, rozmowa w sieci z koleżanką i porządki. Kończę już dzień, plany na wieczór nie do końca wyszły, bo nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam, ale kończę dzień z radością, której w takiej ilości już dość dawno nie odczuwałam. Kończę  i patrzę z nadzieją, co przyniesie dzień jutrzejszy, jak uda się wyjazd majowy. Pisząc te słowa ufam, że jutro będzie kolejny poniedziałek, który będzię bardzo podobny do innych poniedziałków, ale inny, bo przeżyty trochę inaczej. Życzę wszystkim Wam drodzy czytelnicy takich dni jak mój wczorajszy dzień-, które różnią się od innych dni tylko tym alb,o aż tym, że inaczej przeżywa się powtarzalne od czasu do czasu sytuacje akceptując, że jest tak jak jest, bo to daje radość i pewien pokój, bo liczy się całość a nie pojedyncze bolesne czy trudne wydarzenie, które mówi tylko, że jesteśmy ludźmi a to, żaden powód do złości i karania siebie. Ciekawe jest w tym wszystkim, że ja zaczęłam mszę z myślą, że będzie to moje dziękczynienie Bogu a pewnym kluczem do homilii i Ewangelii, o którym mówił wprost sam kapłan było uczenie się uwielbiania Boga w każdej sytuacji także w zdradzie czy innych bolesnych i trudnych dla nas sytuacjach, bo można albo uwielbić Boga w tym, co się dziej, co nas spotyka lub wyjść i poszukać "mieczy" czy " kijów" by wrócić i zaatakować Pana Jezusa i Go zdradzić czy ukrzyżować.

środa, 24 kwietnia 2013

Na szczęście...

Dzisiaj na jednej ze stron promujących duchowość ignacjańską przeczytałam propozycję ćwiczenia polegającego na pójściu do kościoła czy kaplicy po to by przez 15, 30 czy 45 minut nic nie robić poza trwaniem przed Bogiem i zapisaniem jak się wtedy czuliśmy. Pomyślalam wtedy, czemu nie i postanowiłam, że tak zrobię. Niestety skończyło się tylko na postanowieniu, ponieważ jak tylko zajęłam dogodną pozycję do bycia obecną przed Bogiem w wyniku prośby pewnego pana wezbrała we mnie złość. Moją reakcją na to było wyjście z kościoła, bo chcialam tylko być a nie mówić o tym, dlaczego jestem zła. Potem jednak przyszła refleksja, że może popełniłam błąd w końcu Pan Bóg kocha człowieka takiego, jakim jest i ta złość by Mu nie przeszkadzała. Nie jest to pierwsza sytuacja gdy z jakiegoś powodu uznałam, że się z Bogiem nie spotkam na modlitwię czasem świadomie a czasem nie albo, że uznawałam, że do spotkania takiego nie doszło. Na szczęście Bóg jest cierpliwy i nie rezygnuje z człowieka nawet jeśli ten się długo nie odzywa do Niego lub odzywa się tylko po to by Go o coś prosić. Bóg też nie rezygnuje z człowieka gdy zamiast skorzystać z Bożej łaski człowiek mając poczucie, że ta łaska go przerasta, ponieważ dostrzegł, że z czymś sobie nie radzi lub, że bardziej sobie nie radzi niż myślał zaczyna się krytykować i mieć do siebie pretensje. Bóg wtedy nie obwinia, nie oskarża, ale robi wszystko by człowiek się nawrócił szanując przy tym jego wolność.
            Na szczęście Bóg jest cierpliwy, bo inaczej moje życie byłoby znacznie uboższe i mogę mieć pewność, że On nigdy mnie nie zostawi samej, ale będzie mnie wspierał w dobrym. Dobrze, że jest On cierpliwy także dlatego, że ja z cierpliwością mam problem a tak mogę się jej uczyć  od Niego.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Bóg jest dobry

Bóg jest dobry. Bóg kocha nas Miłością Miłosierną, która nie ma granic. Bóg będąc Miłością pragnie jako nasz najlepszy Ojciec uzdrawiać nasze zranienia i uczyć nas patrzec na siebie i innych oraz na to, co nas spotyka tak jak On to widzi. Jednak by tak się stało musimy się zgodzić na to by On nas wprowadził ponownie do miejsc i sytuacji w naszym życiu, których nie lubimy, które najchętniej byśmy się pozbyli z naszej historii, w których siebie nie znosimy. Niestety czasem Bóg musi się bardzo postarać byśmy pozwolili Mu wejść do ciemnych zakamarków naszej duszy nawet gdy trwanie przy swojej ocenie tego,co się stało sprawia, że cierpimy, ponieważ tak bardzo się przyzwyczailiśmy do pewnej wizji, że wolimy cierpieć bez sens, oskarżać się i żyć przez małe " ż" zamiast uczyć się Żyć od Życia czyli od Boga. Wiem, bo sama tego doświadczyłam i nadal doświadczam. Na szczęście Bóg jest cierpliwy i nigdy z nas nie rezygnuje. Właśnie teraz Pan Bóg pokazuje mi w sposób szczególny jak bardzo mnie kocha.Otóż...
 Mniej więcej rok temu doświadczyłam poważnego kryzysu w relacji z kimś dla mnie bardzo ważny. Musiałam w związku z tym podjąć kilka trudnych decyzji włącznie z tym czy w ogóle z tej relacji nie zrezygnować, bo sobie nie radziłam. Na szczęście w odpowiednim momencie myślę, że dzięki pomocy Pana Boga spotkałam mądrych ludzi, którzy przekonali mnie, że lepiej będzie jak mimo trudności będę budować z tą osobą relację. Na pewno dużo też dała mi postawa osoby, z którą zbudowałam tamtą relację. Z czasem zaczęło się w tej relacji lepiej układać. Nie było to może proste, ale część problemu została rozwiązana. W pewnym momencie uczucia, które była dla mnie problemem się skończyły a nawet gdy były trudne momenty potrafiłam podjąć przemyślaną decyzję zamiast ulegać impulsom. Byłam zatem przekonana, że sprawa została już właściwie zamknięta, ale bardzo się w tym niestety myliłam. Przekonałam się o tym w piątek, kiedy pod wpływem Słowa z Pisma Świętego, które rozważałam wróciły obrazy z przeszłości i uczucia wobec siebie i wobec tej osoby, które mi towarzyszyły wtedy. Na początku uważałam, że skoro takie rzeczy się pojawiły w mojej głowie to znaczy, że spotkałam się tylko ze sobą. jednak tak nie było. Odkryłam jeszcze tegos amego wieczoru, że On był w tym obecny, by mi pokazać, że to trzeba uzdrowić a rozmowa, którą potem się odbyła wyglądała zupełnie inaczej gdyby Bog tam nie był obecny. Podziękowałam  za to Bogu i próbowałam oddać, ale wcale nie przyjęłam tej parwdy. Chciałam po prostu by to zabrał, by to już nie bolało, ale tak się nie da. On się nie poddał na szczęście i skoro wtedy tego nie przyjęłam to dzisiaj ponownie mi o tym przypomniał. Bóg mnie nie zostawił, nie pozwolił by to zostawić i "zamieść znów to pod dywan", dlatego mogę powiedzieć, że jest Dobrym Bogiem, Dobrym Pasterzem. Mam też  nadzieję, że już niedlugo będę w stanie Panu Bogu oddać z całego serca wszystko to, co się wiąże z tamtą sytuacją i dokona się uzdrowienie rany, jaką mi ona zadała. Bóg jest Dobrym Pasterzem, dlatego wiem, że jeśli się Mu zawierzę to On poprowadzi mnie po właściwych ścieżkach i uzdrowi ranę, jaką zostawiło, to co się wtedy stało w moim sercu.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Inspiracja I: Miłosierdzie

Na początek inspiracja Tomaszem Mertonem, który napisał w jednej ze swych książek, że tylko ten może doświadczyć miłosierdzia, kto jest gotowy zanieść je swemu najgorszemu wrogowi.
 Pragnę iść za tym i być miłosierna wobec wszystkich włącznie ze mną.